czwartek, 2 sierpnia 2012

Łowca; Rozdział III


Rozdział III

Wreszcie nadszedł czas ogniska. Ubrałam się odpowiednio i wraz z Dawidem zeszliśmy do garażu. Wiedziałam, że nie może mnie zawieść kierowca, bo od razu rodzice dowiedzą się gdzie jestem. Wybrałam największy samochód w razie gdyby trzeba było kogoś odwieść do domu.
Prowadziłam ja, bo Dawid musiał wysiąść pod lasem i dalej iść pieszo, by nikt go nie zobaczył. Nie martwiłam się o niego. Był doskonałym łowcą, drapieżnikiem, który potrafił się schować jak nikt inny.
Gdy dotarłam na miejsce wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Błagałam tylko by Romek postanowił nie przyjść. Zachowywał się jak szczeniak, wiecznie przy nodze. Jestem pewna, że gdyby nie odwiedziny Dawida odprowadziłby mnie na każdą lekcje. Gdyby się pojawił mógłby popsuć mi cały plan.
Rozejrzałam się wokoło. Nigdzie nie było widać ani Romka, ani Marcina. Poczułam za to znajomy zapach.
- Piwo! – szepnęłam. 
Podążałam za miłym gorzkawym zapachem. Musiałam się trochę rozluźnić. Nagle przy jednym z drzew ktoś złapał mnie za rękę. Spojrzałam przez ramię.
- Nawet o tym nie myśl. – szepnął Dawid.
Wyciągnęłam komórkę, by nie wyglądało na to, że gadam do siebie.
- Co ty robisz! Jeszcze ktoś cię zobaczy.
Wiedziałam, że to niemożliwe, bo żaden śmiertelnik nie był w stanie dostrzec go w takich ciemnościach, ale starałam się odwrócić jego uwagę.
- Powiedziałem, że ci nie wolno! – był nieustępliwy.
- Nie masz nic do gadania. Chcę się tylko trochę rozluźnić.
Odeszłam.
 Kierowałam się powrotem znajomym zapachem. Prawda była taka, że nie mogłam się upić, ale gdy wypiłam za dużo i ktoś mnie bardzo rozzłości to czasami tracę kontrolę nad swoim ciałem i umysłem. To nawet gorsze od upicia. Stało się to tylko raz i tylko Dawid o tym wiedział. Byliśmy wtedy w barze w Rzymie. Byłam trochę przybita, a pewna zazdrosna kobieta założyła się, że nie wypije więcej od niej. Wypiłam, a potem rozwaliłam pół baru i o mało co nie pozabijałam wszystkich, bo doczepił się do mnie pewien dupek, kiedy Dawid właśnie wyszedł na moment. Z trudem mnie opanował. Od tamtej nocy, kiedy o mały włos nie pozabijałam wielu niewinnych ludzi staram się bardzo uważać i pilnuję tego ile piję.
To nie była jedyna nasza tajemnica. Dawid i ja mówiliśmy sobie o wszystkim. Rodzicom nie koniecznie. Ufaliśmy sobie bezgranicznie odkąd tylko pamiętam i żadne z nas nigdy się nie zawiodło na drugim. Byliśmy w stanie nawet skoczyć za sobą w ogień. Odruchowo dotknęłam obrączki i uśmiechnęłam się.
Znalazłam mój napój. Nalałam sobie do kubka i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu Marcina.
- Jesteś zbyt ładna by pić. – odezwał się chłopak, który podszedł by sobie dolać piwa.
- A ty za młody. – odpowiedziałam.
- Oboje jesteśmy. – uśmiechnął się i przysuną bliżej mnie.
Zaczęłam go ignorować. Pociągnęłam łyk piwa.
- Widzisz ten samochód? – spytał.
Nie odpowiedziałam.
- Tam są nasi nauczyciele. – kontynuował. – Przed każdym ogniskiem dajemy im proszki nasenne i mamy spokój na cały wieczór.
Spojrzałam na niego z obrzydzeniem.
- No tak przecież na picie przy nauczycielach nie macie odwagi. – zaśmiałam się gorzko.
Przysuną się jeszcze bliżej, tak, że teraz mogliśmy zetknąć się ramionami. Nie reagowałam.
- Ja tam bym mógł, ale robimy to dla innych. – powiedział. – No wiesz, tchórzy. – zaśmiał się.
Staną przede mną tak, że teraz mogłam zobaczyć jego twarz w całej okazałości. Miał jasne włosy, czekoladowe oczy i piegi, które nadawały jego buzi dziecinny wygląd. Wyglądało na to, że dużo ćwiczy, bo był dość umięśniony. Pewnie dzięki temu był tak pewny siebie.
- Podobam ci się, nie? – spytał z szerokim uśmiecham.
- Nie.
Ignorowałam go. Znów przeszukałam tłum. Ani śladu Marcina. Większość ludzi patrzyła na nas.
- Przyznaj lecisz na mnie. – nie dawał za wygraną.
- Jesteś pijany. – stwierdziłam.
Spojrzał na mnie urażony.
- Wcale, że nie! – krzyknął. – Udowodnię ci to.
Złapał mnie za nadgarstki tym samym wytrącając mi kubek z rąk. Ba szczęście był pusty. Ścisnął moje ręce jeszcze mocniej. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem. Przybliżył swoją twarz do mojej. Jednym rucham wyrwałam się z jego „kajdanek”. Spojrzał na mnie zdziwiony. Spoliczkowałam go i pełnym gracji krokiem odeszłam od stołu, pozostawiając chłopaka z dziwnym wyrazem twarzy.
Zauważyłam Marcina. Stał oparty o drzewo i oberwał całe zajście. Kiedy byłam już blisko niego nagle wszedł w głąb lasu. Odnalazłam go bez trudu. Stał w miejscu, gdzie ludzkie oczy nie mogły nas zobaczyć, a uszy usłyszeć. Podeszłam do niego. Stanęłam jednak tak w takiej odległości by nie czół się skrępowany. W razie gdyby chciał uciec złapałabym go w mgnieniu oka, ale on nie okazywał takich zamiarów.
- O co chodzi? – spytałam spokojnie.
Stał chwilę w milczeniu parząc na mnie z pogardą.
- Naprawdę nie wiesz?! – wykrzykną. – Przychodzicie do naszych szkół, przyjeżdżacie do naszych miasteczek. Zabijacie naszych ludzi. – powiedział.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jak mógł tak o mnie myśleć? Bałam się wyobrazić sobie, że mogłabym kogoś zabić, a co dopiero to zrobić.
- Nic o mnie nie wiesz! – Krzyknęłam.
Zaśmiał się głośno.
- Wiem wszystko o takich ja wy. Krwiopijcę bez serca, tylko by krew chłeptały. Nigdy im dość! – powiedział. – Po co tu przyjechaliście? Nie starczyło wam gdzieś krwi? Zdemaskowali was? Pieprzone wampiry. – zakończył.
Stałam jak posąg. W mojej głowie formował się plan, ale potrzebowałam jeszcze chwili by wcielić go w życie.
- Pewnie teraz myślisz nad tym jak mnie zabić. – powiedział spokojnie Marcin.
Obnażyłam wampirze kły, które błysnęły w świetle księżyca złowrogo. Zaczęłam się rozbierać w pośpiechu. Marcin patrzył na mnie rozbawiony.
- Diva boi się, że sobie ubrania pobrudzi?! – śmiał się.
Kiedy byłam już w bieliźnie powiedziałam tylko.
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.
I zmieniłam się w wielkiego czarnego wilka. Zobaczyłam na twarzy Marcina kolejno zdziwienie, strach, a na końcu maskę, która nie pokazywała żadnych uczuć.
- No tego jeszcze nie było! – wykrzyknął – Psa zjadłaś czy, co? – zaśmiał się.
Zmieniłam się powrotem w „człowieka”. Spojrzałam na Marcina, jego twarz wyrażała obrzydzenie. Znowu. Byłam coraz bardziej wkurzona. Miałam ochotę wyrwać mu głowę i kopnąć daleko w głąb lasu.
- Już mówiłam, nic o mnie nie wiesz!
Spojrzał na mnie jak na potwora, diabła z wyboru.
- I co? Tak bardzo chciałaś być nieśmiertelna?! Tak bardzo, że zaprzedałaś duszę?
Odwróciłam się by nie widział samotnej łzy spływającej po moim policzku.
- Nie jestem człowiekiem – zaczęłam. – To jednak nie znaczy, że chcę taka być i, że sobie takie życie wybrałam. Taka się urodziłam! Nic na to nie poradzę. Przepraszam. – mówiłam głosem pełnym jadu.
- Nie wierzę! Nie mogę nic na to poradzić?! Taka się urodziłam?! – cytował moją wypowiedź naśladując kiepsko mój aksamitny głos. – Takie bzdury to ty możesz rodzicom opowiadać!
W sekundę znalazłam się przy nim i przycisnęłam go do drzewa. Zaśmiałam się gorzko.
- Masz na myśli matkę wampira i ojca wilkołaka, czy jakiś innych rodziców. Bo widzisz nie wiem kim jesteś i jakoś mnie to nie obchodzi. Nie wiem też dlaczego nie chce byś myślał, że jestem potworem. Jeśli się zgodzisz opowiem ci część mojej historii, a potem puszczę cię wolno. Mam jednak nadzieję, że potem ochronisz mnie i moją rodzinę i nie wygadzasz wszystkim, kim tak naprawdę jesteśmy.
Usiadł bez słowa pod drzewem. Spojrzałam na niego ze współczuciem. Ktoś nawkładał mu do głowy bzdur i nie mógł się od nich uwolnić. Po prostu oceniał wszystkich po pozorach. Myśląc wszystkich mam na myśli wszystkie ‘potwory’.
Usiadłam po turecku naprzeciwko niego i zaczęłam spokojnym, pełnym bólu głosem.
- Widzisz, mówiąc, że nie wybrałam sobie takiego życia nie kłamałam. – Wzięłam głęboki oddech. – Jestem wampirem – podniósł się lekko z miejsca. – ale nie do końca. W moich żyłach pływa także krew wilkołaka i mogę przysiąc, że jakaś malutka, mikroskopijna część jest człowiekiem. Prawda jest taka, że na co dzień nie czuję jej w sobie. Pojawia się gdy jakiś człowiek jest w niebezpieczeństwie albo gdy to ja jestem zdrożeniem. Myślę, że po części jest ona zasługą naszego dzisiejszego ‘spotkania’. Czasem czuję, że człowiek we mnie wygrywa. Zdarza się to rzadko, bo jak już mówiłam ta cześć mnie jest mała, można by nawet powiedzieć na wymarciu.
Wzięłam głęboki oddech. Teraz część o mojej rodzinie. Boże…
- No to teraz jak się urodziłam. Dawno temu mój tata poznał moją mamę. Przyjaźnił sie wtedy z Johnem. Byli najlepszymi kumplami. Nie wiedział o tacie tylko togo, że jest wilkołakiem. Byli sobie bardzo bliscy. Pewnego lata John wyjechał bez mojego taty. Przydarzyło mu się coś strasznego, kiedy wrócił nie był już taki sam. Odbyli z tatą poważną rozmowę, w sumie to on mówił, a John siedział i był coraz bardziej zły. Kiedy odchodził zagroził mojemu tacie, że kiedyś zniszczy mu życie. Potem był już tylko spokój. Tata nie chciał się już spotykać z Johnem nie dlatego, że był wampirem, ale dlatego, że mógł być dla niego niebezpieczny. Po prostu nie chciał go skrzywdzić. Nie bał się o siebie, bo wiedział, ze i tak dałby sobie radę i wierzył, że John nic by mu nie zrobił.
Spojrzałam nieśmiało na Marcia. Nie wyglądał na przerażonego. Po prostu słuchał. Jego wzrok był trochę nieobecny, jakby coś analizował. Dałam mu chwilę.
- Wiesz to mogło się tak zakończyć, ale tata poznał mamę. Byli razem bardzo długo. Mama dowiedziała się o tym kim jest tata, ale miłość była silniejsza i ich związek przetrwał. Któregoś dnia musiał pojechać na jeden dzień. Mama została sama. Właśnie wtedy John wcielił swój plan w życie. W nocy gdy spała wszedł do ich domu i zmienił ją w wampira. Kiedy ojciec wrócił był wściekły. Nie wiedział jednak jeszcze wtedy, że mama jeszcze przed przemianą była w ciąży. Nikt nie wiedział, że to możliwe, ale tu jestem.
Patrzył na mnie ze współczuciem i niedowierzaniem.
- Przeżyli ze sobą wiele złych chwil od czasu przemiany mojej matki. Jednak wciąż się kochali i dlatego są teraz oboje.  Kłócimy się często. Nawet bardzo, ale to moja rodzina. Oni zaakceptowali mnie, a ja ich. Mimo, że mamy inne poglądy na niektóre sporawy. – przypomniały mi się nieludzkie warunki w jakich trzymana była służba i kilka innych rzeczy… - Jesteśmy rodziną i nią pozostaniemy, bez względu na wszystko. Tak to działa.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W twarzy tego chłopaka było coś co dawało mi nadzieję na to, że nasz sekret zostanie utrzymany w tajemnicy. Jakimś cudem wierzyłam w to i nie bałam się już tak ja na początku.
- Teraz wiesz już wszystko i do ciebie należy decyzja co z tą wiedzą zrobisz, ale chciałabym żebyś wiedział jedno. My nie jesteśmy źli. Mimo wszystko. – uznałam, że nasza rozmowa została zakończona.
Odwróciłam się na pięcie i taką samą drogą jak tu dotarłam, wróciłam na ognisko. Pozostawiając Marcina samotnie siedzącego pod drzewem. Gdy byłam już niedaleko miejsca gdzie odbywało się ognisko wyciągnęłam telefon i wykręciłam numer do Dawida.
- Tak? – odebrał po pierwszym sygnale lekko zaniepokojony.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. On chyba jako jedyny tak naprawdę się o mnie martwił. Uwielbiałam go między innymi za to.
- Dzwonię tylko po to by powiedzieć, że wszystko w porządku i możesz już wracać do domu. Spotkamy się tam, ok?
Chwila milczenia.
- Dobrze. – zgodził się. – Jak poszło?
- Opowiem ci wszystko jak wrócę. Zostanę jeszcze chwilę na ognisku, nie martw się o mnie. – Kiedy to mówiłam wychodziłam właśnie z lasu na miejsce gdzie odbywało się spotkanie klasowe. – Muszę kończyć. Do zobaczenia! – powiedziałam do słuchawki i wyłączyłam telefon.
Pełnym gracji krokiem podeszłam do stołu z napojami i przekąskami by nalać sobie piwa do plastikowego kubeczka. 

______________________________________________________
Zachęcam Was do komentowania, oceniania i obserwowania mojego bloga. Podziękowania dla tych, którzy są ze mną i czytają to co dla Was przygotowuję. Rozdział IV się pisze... Tzn. nie bardzo mam ostatnio natchnienie. To nie jest tak, że nie jest już napisany. Mam go, ale w zeszycie. Zanim trafi na bloga, muszę go zredagować, przepisać do dokumentu, jeszcze raz przeczytać i dopiero opublikować. Jak na razie jest gorąco i nie bardzo mam siłę na to wszystko, ale nie martwcie się nie dam Wam długo czekać.
Pozdrowienia ze świata mroku... 

sobota, 28 lipca 2012

Łowca; Rozdział II


Rozdział II

- Anna! Zbieraj się, wyjeżdżamy! – Ryknął ojciec.
Całą noc się pakowałam. Nie wychodziłam z pokoju i nie miałam zamiaru rozmawiać z rodzicami. Kamerdyner zniósł wszystkie moje torby i zapakował do jednego z samochodów. Jak zwykle matka zostawiła wszystkie meble. „Stać nas na nowe – mówiła, gdy tłumaczyłam jej, że moje mi się podobają. – Wymyślisz sobie jakiś inny wystrój!”. Nie było z nią dyskusji.
Droga dłużyła mi się przeraźliwie. Prze bite osiem godzin nie odezwałam się ani słowem. Słuchałam muzyki z Ipod’a i udawałam, że nie słyszę co do mnie mówią. Nie da się ukryć, że rodzice byli źli. Tym razem przesadziłam. Wiedziałam o tym, ale jakoś mnie to nie ruszało. No nic, w najgorszym wypadku nie dostanę jedzenia. Poradzę sobie jakoś.
Kiedy reszcie znaleźliśmy się na drodze prowadzącej do „nowego” domu aż jęknęłam. Tym razem przesadzili, będziemy mieszkać ogromnym i starym zamku. Chociaż raz chciałabym żeby kupili mieszkanie w bloku albo normalny mały domek jednorodzinny. Tylko raz. Męczy mnie mieszkanie w takich miejscach. Będę musiała to jakoś przeżyć. Tylko pięć lat, może mniej.
Dostałam jedną z komnat na jednej z czterech wierzy. Było to dla mnie komfortowe, bo była ona najbardziej wyludniona. Dzięki tam mogłam mieć spokój i nikomu nie będzie przeszkadzała moja obecność.
Od jutra musiałam iść do szkoły. Nie będę za długo tam chodzić, bo pewnie mi się znudzi. Chce zobaczyć jacy są ludzie w nowym miejscu.
Postanowiłam, że zaraz po tym jak się rozpakuję i przygotuję się do szkoły położę się spać. Nie spałam już od miesiąca i czułam się trochę zmęczona. Trzeba przecież wyglądać dobrze pierwszego dnia w budzie.

***

 Rano obudziłam się tak, by zdążyć przygotować się szkoły. Zeszłam na dół w piżamie. Miałam nadzieję, że mama przygotowała mi coś do „jedzenia”. W innym wypadku będę musiała pójść do szkoły głodna, a to nie będzie najbezpieczniejsze.
Kiedy weszłam do kuchni ucieszyłam się, bo na stole leżała duża szklanka pełna czerwonego płynu. Uśmiechnęłam się do siebie. Za stołem siedziała mama. Wydawać by się mogło, że ma lepszy humor niż wczoraj.
Usiadłam i jednym łykiem wypiłam zawartość szklanki. Uśmiechnęłam się do mamy.
- Wolałabym coś cieplejszego. – Powiedziałam.
Zaśmiała się.
Byłam najedzona i szczęśliwa. Szybko ubrałam się i uczesałam. Nie potrzebowałam makijażu, bo moja skóra była nieskazitelna, usta idealnego koloru, a rzęsy długie i czarne jak węgiel. Zabrałam torbę z książkami i zeszłam z na dół.
- Nasz nowy kierowca cie zawiezie! – Krzyknęła mama z kuchni.
Skrzywiłam się. Nie lubiłam gdy ludzie mnie postrzegali jako kogoś innego nawet jeśli chodziło o to, że jestem bogata. Mimo wszystko do szkoły było daleko i padało więc spacer odpadał.
Przed wejściem stała czarna limuzyna. Skrzywiłam się znowu. Czy oni musieli mi tak utrudniać życie. Nie mógł wybrać innego auta.
Wsiadłam. Kierowca odsunął szybę udzielającą tylnie siedzenia od przednich. Było to po to by prowadzący autem nie słyszał co odbywa się z tyłu. Siedziałam na jednej z czterech kanap ułożonych w kwadrat.
- Dzień dobry. –Przywitał się kierowca. – Od dzisiaj będę woził, panienkę do szkoły i gdziekolwiek sobie, panienka, zapragnie. – Odwrócił się z uśmiechem na ustach.
Zdziwiło mnie bo kierowca był bardzo młody i przystojny, wyglądał na takiego, który dopiero co zrobił prawo jazdy.
- Dzień dobry. – Mruknęłam.
Ruszyliśmy. Droga nie była trudna, ale długa. Zanim wyjechaliśmy na asfalt jechaliśmy kilka minut przez las. Potem jeszcze kilka i byliśmy na miejscu. Gdy tylko limuzyna wjechała na parking wszyscy wbili w nią swój wzrok. ‘Boże – pomyślałam.’
Stanęliśmy. Czas zacząć zabawę.
- Dziękuję – szepnęłam wychodząc.
Stanęłam na ziemi. Podniosłam głowę, wypięłam pierś i pewna siebie przeszłam przez parking na trawnik. Wszyscy na mnie patrzyli. Uśmiechnęłam się lekko i poszłam dalej.
Szkoła wyglądała normalnie. Nic specjalnego. W środku też mnie nic nie zaskoczyło. Jasne ściany, klasy oznaczone numerkami i korytarze. To tyle. Nic więcej nie mogę o niej powiedzieć.
Znalazłam sekretariat. Zapukałam i weszłam z uprzejmym uśmiechem. Dostosowałam ton głosu do okoliczności. Miał być miły i spokojny. Jak na grzeczną dziewczynkę przystało.
 - Dzień dobry. – Powiedziałam.
Za biurkiem siedziała starsza pani z wrednym wyrazem twarzy. Mała okulary w złotej oprawie i kiedy tylko przekroczyłam próg założyła ja by mi się lepiej przyjrzeć.
- Ciebie nie znam. – Odezwała się. – Ty możesz być ta nowa.
Zgoda mogę być „tą nową”.
- Zależy jak to pani rozumie. – Uśmiechnęłam się.
Coś czuję, że się nie dogadamy.
- Brakuje mi kilku papierów w twoich dokumentach. Przekaż rodzicom, że muszą mi przynieść twój bilans zdrowia i opinię z dawnej szkoły. – Mówiła z dziwną miną. Jakbym jej w czymś przeszkadzała. – Tu masz wszystkie zgody jakie muszą podpisać, plan lekcji i regulamin. – Pogrzebała chwilę w biurku i podała mi kilka kartek.
Odebrałam od niej papiery z uśmiechem.
- Czy mogę już iść? – Spytałam uprzejmie.
Wyrwałam ją z chwilowego zamyślenia i tylko machnęła ręką, więc uznałam to za odpowiedź twierdzącą i wyszłam po cichu.
Na korytarzu podeszłam do największej grupy chłopców celem spytania się o sale numer 3 gdzie miałam mieć pierwszą lekcję. Przybrałam najpiękniejszy z moich uśmiechów.
- Przepraszam, czy któryś z was mógłby pokazać mi gdzie jest klasa numer 3? Zaje się, że mam tam fizykę. – Powiedziałam bez zająknienia.
Odezwał się najwyższy z chłopaków. Pewnie uważał się za przystojnego. Miał jasne krótkie włosy pociągłą twarz i naprawdę nie było w nim nic specjalnego co odróżniało go i innych chłopców.
- A co będę z tego miał?
Z pewnością myślał, że mnie zawstydzi.
- Satysfakcję z pomocy, a jeśli się postarasz dorzucę do tego podziękowanie. – Uśmiechnęłam się uprzejmie.
Zaczerwienił się i zamilkł. Reszta jego kolegów wybuchnęła śmiechem. Ktoś dotkną moich pleców i chrząkną niecierpliwie. Odwróciłam się powoli. Zobaczyłam chłopaka wysokiego ciemnymi oczami i włosami. Jego fryzura była niedbała, ale mu to służyło. Patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Mimo to uśmiechnęłam się szerzej pokazując zęby. Skrzywił się wyraźnie i teraz patrzył na mnie z niechęcią.
- Tak? – spytałam.
- Sala numer trzy jest na samym dole. Trafisz na pewno, głupia nie jesteś.
Patrzyłam na niego zdziwiona. Kiedy odchodziłam usłyszałam jak szepcze „Polowanie sobie w szkole urządzają. Do czego to doszło?”. Odwróciłam się, by jeszcze raz na niego spojrzeć. Wyglądał normalnie, ale w jego oczach było coś niezwykłego, można by powiedzieć magicznego.
Byłam w połowie drogi do klasy, gdy dogonił mnie jeden z chłopaków z grupki, którą zaczepiłam. Gdy go pierwszy raz widziałam stał z tyłu i raczej nie starał sie wychylać. Teraz miał zaczerwienione policzki i lekką zadyszkę.
- Cześć. – Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. – Przepraszam, że cię gonię. Pewnie masz mnie za psychola? – Spytał niepewnie.
- Pewnie tak. – Odpowiedziałam łapiąc ostatnie myśli o tym dziwnym chłopaku. Jak dużo wiedział?
- Po prostu też mam lekcje w trójce i pomyślałem, że dotrzymam ci towarzystwa w drodze pod klasę. Jestem Romek. – wyciągnął rękę by sie przywitać.
Podałam mu moja rękę niepewnie. Nie wiedziałam jak zareaguje na ich niską temperaturę.
- Anna. – powiedziałam krótko.
Spojrzał na mnie nie wypuszczając mojej ręki z uścisku. Miał zielone oczy.
- Jakie ty masz lodowate ręce. Nie zimno ci?! Może chcesz moją bluzę?
W tej samej chwili przeszedł koło nas ten sam niemiły chłopak i gdy usłyszał to co mówi Romek prychną.
- Nie, wszystko jest dobrze. Naprawdę. – zaczerwieniłam się lekko.
Niemiły chłopak odwrócił się jeszcze raz i gdy zobaczył moje rumieńce zmarszczył czoło.
Włożyłam ręce do kieszeni jeansów i nie wyjmowałam ich do póki nie dotarliśmy pod klasę. Dopiero gdy oparłam się o ścianę spojrzałam na Romka i spytałam.
- Kim jest ten chłopak, który dość nie miło wskazał mi drogę do klasy?
Zamyślił się chwilę.
- Spodobał ci się? – Spytał w zamyśleniu, ale potem jakby sie ocknął i odpowiedział na moje pytanie. – To Marcin. Szkolny wyrzutek. Z nikim się nie koleguje, nie rozmawia nawet. Wiele dziewczyn chciałoby się z nim umówić, ale on nawet nie daje sie nikomu do siebie odezwać. Czuj się zaszczycona, że tobie powiedział gdzie jest klasa, nie ważne w jaki sposób.
Hmm… Szkolny wyrzutek. To jak ja w mojej dawnej szkole. Może miał coś wspólnego ze mną. Będę musiała chyba się tego dowiedzieć.
Kiedy zadzwonił dzwonek jak znikąd pojawił się nauczyciel z dziennikiem. Wywnioskowałam już, że on traktuje swój przedmiot bardzo poważnie i lubi przestrzegać zasad. Otworzył drzwi i kazał wchodzić jak najszybciej, by nie tracić cennego czasu.
Kiedy wszyscy usiedli podeszłam do niego ze słodkim uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry, nazywam się Anna Stone i…
- Tak, wiem ta nowa. – Przerwał mi nawet na mnie nie patrząc. – Siadaj gdzie chcesz. Tylko mi nie przeszkadzaj! No już zaczynamy, bo już i tak straciliśmy wiele czasu przez tę ślicznotkę. – Spojrzał na mnie z pogardą.
Cała moja nowa klasa zwróciła na mnie swój wzrok i uważnie mi się przyjrzała. Widziałam ja na ich twarzach maluje się zachwyt, zazdrość i wiele innych emocji. Wybrałam jedyną wolną ławkę. Na samym końcu za dwoma wysokimi i napakowanymi chłopakami. Prawie nie było mnie widać. Oparłam się o ścianę i próbowałam skupić się na czymś ciekawym, bo lekcja tego nauczyciela to takich nie należała.
Myślałam o tym co będzie jak wrócę do domu i czy powiedzieć rodzicom o „uprzejmym” koledze.
Nagle drzwi się uchyliły i do klasy wszedł Marcin. Rozejrzał sie po klasie i chyba mnie nie zauważył. Wcisnęłam się w róg sali.
- Marcin, kolejne spóźnienie w tym tygodniu. Co się z tobą dzieje? – Krzyknął nauczyciel.
Chłopak podszedł do nauczyciela i szepnął mu coś do ucha.  
- No dobrze, siadaj. – wymamrotał fizyk lekko oszołomiony.
Marcin odwrócił się do klasy i spojrzał na ławkę, w której siedziałam. Podszedł szybkim krokiem i usiadł koło mnie wyraźnie zły.
- Ja tu siedzę. – powiedział.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Jak mógł mnie tak nie lubić?
- Przepraszam, nie wiedziałam. – odparłam ze skruchą. – Chyba nie będzie ci przeszkadzać gdy się dosiądę, nie ma innych wolnych miejsc.
Próbowałam tonem głosu i wyrazem twarzy wzbudzić jego sympatię.
- Owszem, będzie! – W jego głosie było tyle jadu, że aż mnie to rozwścieczyło. Nie dobrze się działo gdy byłam zła.
- Oh, jakoś będziesz musiał to przeżyć. – rzuciłam prze zaciśnięte zęby.
- Lepiej byłoby gdybyś wybrała inne miejsce.
Spojrzałam na niego ze złością. Jeszcze nigdy nikt mi niczego nie odmówił. To było coś nowego, to było wyzwanie!
- Oj, daj spokój przecież nie ugryzę. – rzuciłam od niechcenia.
Spojrzał na mnie zdumiony.
- Do prawdy? – spytał bez przekonania.
Musiałam mieć strasznie dziwną minę, bo przez ułamek sekundy straciłam panowanie nad emocjami. Poprawiłam sie, gdy tylko zauważyłam to niedociągnięcie.
- Co jeszcze nikt ci nie odpowiedział „nie” – spytał drwiąco. – Myślisz, że ta szkoła będzie jak inne? Myślisz, że to miasto będzie kolejnym? O nie słońce, nie na mojej warcie! – zakończył.
- Jak śmiesz! – wykrzyknęłam.
Wszyscy wbili we mnie swój wzrok. Spłonęłam lekkim rumieńcem.
- Co się stało panno Stone? – spytał wściekłym tonem nauczyciel.
- Proszę wracać do lekcji – odparłam.
Wcisnęłam się w róg sali i wściekła obserwowałam pełną satysfakcji minę Marcina. Wbijałam paznokcie w dłonie by się uspokoić, ale nie pomagało. Miałam ochotę coś rozwalić. Zaraz urwę głowy wszystkim będącym w tej klacie! Zaczynając od fizyka, a na Marcinie kończąc. Wyjęłam z kieszeni telefon i wybrałam jedyny numer pod, który chciałam teraz zadzwonić. Przyłożyłam komórkę do ucha i usłyszałam znajomy głos.
- Anna?! – Był lekko zaniepokojony.
- Możesz przyjechać, proszę. – Patrzyłam na Marcina, który nawet nie udawał, że nie podsłuchuje.
- Coś się stało?
- Potrzebuję cię! – powiedziałam i rozłączyłam się.
Wiedziałam, że już za chwilę tu będzie. Pragnęłam by tak się stało. Odliczałam długie minuty do dzwonka. Coraz bardziej chciałam się wyrwać z tej zatłoczonej, dusznej klasy. Chciałam go zobaczyć po tak długim czasie. Chciałam mu opowiedzieć o całym moim życiu, o rodzicach, domu, szkole, przeprowadzkach i Marcinie. To właśnie ten niemiły chłopak był powodem mojego telefonu. Gdyby nie on, nie zadzwoniłabym. Nie przeszkadzałabym mu, ale musiałam.
Gdy zadzwonił dzwonek byłam już spokojna. Z uśmiecham na ustach spakowałam moje rzeczy i wyszłam na korytarz. Nie myliłam się. Był tam, stał oparty o ścianę i wpatrywał się tylko we mnie. Jak zwykle wyglądał świetnie. Ciemne jeansy, koszulka i skórzana kurtka. Był jak młody bóg. Gdy go zobaczyłam nie wybiegłam jak szalona tylko dlatego, że chciałam żeby go wszyscy zobaczyli, żaby zobaczył go Marcin.
Rzuciłam mu się na szyję, a on wziął mnie w objęcia, podniósł i obrócił się kilka razy cały czas mnie trzymając. Nie wypuścił mnie ze swoich ramion nawet, gdy postawił mnie już na ziemi.
- Tak się stęskniłam! – wykrzyknęłam.
- Przybyłem najszybciej jak mogłem. Coś się stało? – Był wyraźnie zaniepokojony. Kochał mnie i zawsze się o mnie martwił nie ważne gdzie akurat sie znajdował.
- Stęskniłam się. – Byłam tak szczęśliwa. – I w sumie coś się stało, coś o czym nie mogę powiedzieć rodzicom.
Pocałował mnie w czoło, wszyscy patrzyli jak zaklęci. Marcin też. Jednak po chwili się opamiętał. Przeszedł koło nas mamrocząc pod nosem „Już mamy dwa potwory. Jeszcze trochę…”
- Opowiedz mi. - poprosił
Obią mnie ramieniem i zaczęliśmy iść korytarzem. Byłam taka szczęśliwa, że nie miała teraz ani siły, ani ochoty psuć tego magicznego momentu.
- Później. – obiecałam. – Nie psujmy tego. Tak dawno cię nie widziałam. Opowiedz mi co u ciebie.
Wziął głęboki oddech i przycisnął mnie mocniej do siebie.
- Byłem w wielu miejscach, wiele miejsc zwiedziłem, ale tylko bycie z tobą, przy tobie daje mi pełnie szczęścia. Przywiozłem ci prezent.
Wyjął z kieszeni niewielkie pudełeczko, otworzył je i moim oczom ukazała się przepiękna platynowa obrączka. Po wewnętrznej stronie miała wygrawerowany, ozdobny napis „Za Tobą w ogień”.
- Jest wspaniała. – krzyknęłam i klasnęłam w dłonie.
Pocałowałam go lekko w policzek.
- Tak właśnie myślałem, że ci się spodoba. Wykonana na zamówienie, jedyna w swoim rodzaju, tak ja ty. Ale by ja zdobyć musisz mnie złapać! – Krzyknął rzucił się biegiem przez korytarz.
Moglibyśmy gonić się przez wieczność, mimo że w ludzkim tempie. W końcu go złapałam. Ceremonialnie założył mi podarunek na palec. Obrączka pasowała idealnie. Tym razem to on pocałował mnie w policzek. Zdjęłam na chwilę obrączkę, by przyjrzeć się grawerom. Dopiero teraz zobaczyłam, że ma po wewnętrznej stronie wtopiony jeden krwistoczerwony kamień, podobny do rubinu. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Dziękuję! Już nigdy jej nie zdejmę.
Pokiwał głową z zadowoleniem.
- Może masz ochotę na małą przerwę w lekcjach? – spytał obejmując mnie ramieniem.
- Ależ naturalnie. Tylko muszę załatwić coś z nauczycielami.
Poszliśmy do nauczycielki, z którą miałam mieć koleją lekcję. Okazało się, że jest ona także moją wychowawczynią.
- Dzień dobry. – Powiedziałam uprzejmie.
Nauczycielka spojrzała na mnie, a potem przeniosła wzrok na obejmującego mnie Dawida.
- Anno – zwróciła się do mnie wciąż patrząc na chłopaka przy mnie. – ponieważ jesteś nowa powiem ci, że nie wolno wprowadzać do szkoły obcych osób.
- On nie jest obcy. – spojrzałam jej głęboko w oczy.
- No dobrze. – powiedziała lekko oszołomiona. – Dzisiaj jest ognisko klasowe, możesz wpaść. – wytłumaczyła mi jak dotrzeć do miejsca, gdzie się wszyscy spotykają.
- Jasne. Ja teraz muszę iść, bo idę do lekarza po bilans i nie będzie mnie do końca lekcji. Nie robi to problemu, prawda? – powiedziałam.
Nauczycielka zamrugała kilka razy i dała nam znak ręką, że możemy iść najwidoczniej nie mogła wyksztusić słowa.
Przechodząc korytarzem wszyscy się na nas gapili. Niektórzy nawet nie wiedzieli, że robią to tak nachalnie. Nie ma się co dziwić idealnie ubrany chłopak o czarnych włosach kontrastujących z bladą cerą i ciemnymi oczami. Do tego był zabójczo przystojny. Wzbudzał pożądanie. Nie było drugiego takiego na świcie.
Wiedziałam już co zrobię. Bez problemu znalazłam Marcina na korytarzu. Kiedy go mijaliśmy powiedziałam głośno patrząc mu w oczy.
- Pójdę na to ognisko.
- Naprawdę?! – spytał Dawid z niedowierzaniem.
- Trzeba się integrować. – zakończyłam.
Wyszliśmy poza budynek szkoły.
Szłam w milczeniu obmyślając plan na dzisiejszy wieczór. Byłam pewna, że Marcin przyjdzie. Jak zdążyłam zauważyć chciał wszystkich chronić. Moim zadaniem było dowiedzieć się przed czym. Miałam zamiar złapać go gdy tylko zostanie sam, co na pewno trudne nie będzie, bo on z nikim nie rozmawia. Chciałam zaciągnąć go w jakieś miejsce gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać i wypytać go o wszystkie interesujące mnie informacje.
Byliśmy już w samochodzie, gdy Dawid wyrwał mnie z zamyślenia.
- No to co się dzieje? – spytał wyraźnie zaciekawiony.
- Właśnie chodzi o to, że nie wiem.
- Jak nie wiesz? – był cierpliwy.
- Ktoś może odkryć sekret naszej rodziny, mój. Pamiętasz tego chłopaka, który wyszedł z klasy i komentował cos o potworach? – pokiwał twierdząco głową. – On o czymś wie. Martwi mnie, że może wiedzieć za dużo. Nazwał mnie potworem, uznał, że urządzam sobie w szkole polowanie. Odnosił się do mnie z nienawiścią… - Przerwałam.
Wpatrywałam się w przednią szybę, a Dawid patrzył na mnie i coś analizował. Zapewne zastanawiał się co odpowiedzieć.
- Nic z tego nie rozumiem. – Przyznał.
- Sęk w tym, że ja też nie i to mnie martwi. Wymyśliłam, że wyciągnę od niego wszystko na ognisku. Nie zniosę życia w niepewności. Nie takiej. – Zakończyłam.
Przytulił mnie mocno do siebie jakby chciał mnie ochronić przed wszystkimi niebezpieczeństwami tego świata. Jechaliśmy w milczeniu. Każde z nas myślało jednak o tym samym. Wiedziałam, że Dawid nie widział dawno rodziców i na pewno się stęsknił.
Byliśmy już prawie na posesji gdy nagle odezwał się.
- Pójdę z tobą!
Zamrugałam nerwowo.
- Co? – Wyksztusiłam lekko zdezorientowana.
- No na ognisko. Pójdę z tobą. – wyjaśnił. – Powiedz mi tylko dlaczego nie możesz powiedzieć rodzicom?
Nie wiedziałam jak mam to powiedzieć. Próbowałam ułożyć w mojej głowie słowa, by zabrzmiały logicznie, ale nie stawiały ich w złym świetle. Tym czasem zbliżaliśmy się do garaży. Dawid patrzył na mnie ponaglająco. No dobra, prosto z mostu.
- Bo go zabiją. – szepnęłam.
Nie chciałam, aby miał złe mniemanie o rodzicach. Ale to była prawda. Na pewno by tak postąpili. Przypomniałam sobie o staruszce i samotna łza spłynęła mi po policzku. Wszystko było nienormalne. Dlaczego chciałam chronić Marcina? Intuicja podpowiadała mi, że tak trzeba, ale po co?
W domu Dawid przywitał się z rodzicami, porozmawiał chwilę z nimi i wrócił do mnie. Te godziny dzielące nas od ogniska spędziliśmy na dobrej zabawie i rozmowie. Ustaliliśmy, że Dawid będzie trzymał się w cieniu tak by żaden uczestnik zabawy go nie zobaczył. W razie zagrożenia wyjdzie i mi pomoże. 


_________________________________________________________
Dziękuję za uwagę. Kolejne rozdziały w drodze... Komentarze i oceny bardzo mile widziane. 
Pozdrowienia ze świata mroku...

piątek, 27 lipca 2012

Łowca; Rozdział I


Rozdział I
Mogłabym opowiedzieć o rodzinie, ale nauczono mnie, że nie wolno. Poza tym i tak nie lubię tego jaka jest. Mogłabym opowiedzieć o szkole, ale nie byłam w niej od tygodni i nie uważam jej za coś wartego uwagi. Mogłabym opowiedzieć o sobie, ale nie lubię siebie za to kim jestem i kim powoli się  staję.
Opowiem więc co widzę. Przechodzę właśnie koło kolorowej kawiarni pełnej roześmianej młodzieży. Z wnętrza dotyka mojej skóry ciepło, ale nie zachęca mnie ono do wejścia. Nigdy nie piłam kawy. Mijają mnie dzieci, które z niewiadomych dla rodziców powodów chowają się za ich plecami. Pary, które z inicjatywy dziewczyny przechodzą na drugą stronę jezdni. Osoby idące samotnie przemykają koło mnie uśmiechając się lub kryjąc zazdrość. Zdarzają się złośliwe komentarze dotyczące mojego stroju, butów, torebki. Nigdy ciała, fryzury, figury, twarzy czy jakiegokolwiek innego szczegółu mnie. Myślę o mnie  nie o ubraniu, które jest jedynie powłoką.
Idę. Raczej podążam na rodzinne spotkanie. Gdyby nie rozkaz od alfy nie poszłabym na nie. Nienawidzę rodzinnych spędów. O nic nie proszą tylko każą. Nawet nie ma co zjeść, bo matka jest na nowej diecie. Przyjdę wysłucham i pójdę. Zacierając jak tylko mogę w pamięci to niemiłe doświadczenie.
Jak na razie cieszę się chwilami, które mi pozostały zanim zobaczę wielką żelazną bramę. Za nią okazały dom, wypełniony cierpieniem i żalem pracujących w nim ludzi. Ja nigdy nie czułam się w nim dobrze. Mimo tego, że jedyną krzywdą jaka mnie w nim spotkała było zepchnięcie ze schodów. Nie, nie przez rodziców, a przez religijną opiekunkę, która po nazwaniu mnie ‘czarcim pomiotem’ cisnęła mną w dół schodów prowadzących na parter. Było oczywiste, że przeżyję, nikt w to nie wątpił, jednak opiekunka została zjedzona, znaczy zwolniona.
Mijałam kolejne sklepy bez większych emocji. Piekarnia, obuwniczy, butik… Aż nagle stanęła przede mną kobieta, ale nie byle jaka, bo moja wychowawczyni.
- Kogo ja tu widzę?! Tak dawno nie zawitałaś do szkoły, że zapomniałam jak wyglądasz. Dzwoniłam do twoich rodziców więcej razy w ciągu dwóch miesięcy niż do swojego dziecka przez rok. Czy oni w ogóle wiedzą co robisz, gdy nie ma cię w szkole i dlaczego cię nie pilnują. Niszczysz sobie przyszłość, wiesz o tym?
Patrzyłam na nią jak na nienormalną. Moi rodzice nigdy nie przywiązywali większej wagi do tego czy chodzę do szkoły, bo wiedzieli, że opanowałam już cały materiał i wiedziałam więcej niż wszyscy nauczyciele razem wzięci, nie ważne z jakiego zakresu.
- Hmm… A czy pani zdaje sobie sprawę z tego, że opanowałam już dawno cały materiał i nie mam ochoty uczyć się tego po raz kolejny, bo mnie to nudzi. Przyjdę na egzaminy, to mi wystarczy. Poza tym mam zaliczone wszystkie kartkówki i sprawdziany, czego nie można powiedzieć  o innych uczniach, którzy chodzą regularnie do szkoły. I do pani wiadomości nie jest pani moją matką, by prawić mi kazania na środku ulicy oraz nie pani sprawa gdzie i z kim spędzam mój wolny czas.
Patrzyła na mnie oszołomiona. Myślałam, że rozmowa została zakończona, ale pomyliłam się. Kiedy ją mijałam złapała mnie za nadgarstek. Wyszarpnęłam rękę i odwróciłam się w jaj stronę. Jej pucułowata twarz była cała czerwona i niebieskie oczy kipiały złością. Musiałam spojrzeć w dół, bo była ode mnie o głowę niższa, ale za to nadrabiała tuszą. Zapewne wyglądało to zabawnie. Wysoka dziewczyna o figurze modelki i okrągła, niska starsza pani kipiąca złością. Byleby tylko nikt nie pomyślał, że to moja matka.
- Nie będziesz się tak do mnie odzywać! Jestem pedagogiem i należy mi się szacunek! – Krzyczała, wszyscy przechodnie patrzyli na mnie z współczuciem. – Może i nie jestem twoją matką, ale mam prawo wiedzieć co robisz kiedy nie zaszczycasz nas swoją obecnością w szkole. Wydaje ci się, że wszystko możesz, bo jesteś córeczką bogatych rodziców, którzy nie radzą sobie widocznie z twoim wychowaniem albo są tak zaślepieni twoją urodą i sama nie wiem czym jeszcze. Nie ważne jaka jest przyczyna głupia dziewucho, żądam abyś chodziła do szkoły albo przyślę do twojego domu policję, bo jesteś objęta obowiązkiem szkolnictwa i nie obchodzi mnie to czy znasz już materiał czy nie. Masz siedzieć na lekcjach, możesz nawet nie słuchać, ale masz tam być. Bo nie mam zamiaru więcej słuchać o tym, że jestem nic nie warta, bo nie umiem sprowadzić do szkoły zwykłej uczennicy.
Zdziwiłam się, zwykle pani Hills nie krzyczała, a teraz była tak zła, że łzy napłynęły jej do oczu. Widocznie zbierała się żeby powiedzieć coś jeszcze, więc dałam jej dojść do słowa zanim coś powiedziałam.
- Jesteś potworem – wygarnęła mi – Potworem w czarnym ubraniu, o pięknej skórze i oblanym drogimi perfumami.
- Co?! – Wykrztusiłam.
Patrzyłam na nią coraz bardziej wściekła. Czułam, że tracę nad sobą panowanie. Zacisnęłam ręce w pięści.
- Dobrze słyszałaś, jesteś najgorszym dzieckiem z jakim miałam do czynienia. Jesteś potworem. Sprawia Ci przyjemność krzywdzenie innych…
Przerwała, bo rzuciłam się na nią i przygwoździłam do muru. Byłam silniejsza niż jakikolwiek człowiek, więc nie udało jej się uwolnić. Spojrzałam jej głęboko w oczy, normalnie odwróciłaby wzrok, ale nie pozwoliłam jej na to.
- Jestem potworem, tak?! Nie znasz mnie, nie wiesz kim jestem i do czego jestem zdolna. Nie życzę sobie żeby mówiła pani do mnie takim tonem i obrażała mnie lub moich rodziców. Są rzeczy o których nie ma pani zielonego pojęcia i z całym szacunkiem, ale nic mnie nie obchodzi to czy wyrzucą panią z pracy z mojego powodu czy nie. - Wykrzyczałam gniewnie.
Zmieniłam ton i dodałam z nutką ironii.
- A teraz niech zabierze pani ten swój okrągły tyłek i wróci do domku zrobić obiadek swojemu świętemu synusiowi, który pali za szkołą i zachowuje się gorzej niż nie jeden łobuz. Żegnam – Odwróciłam się na pięcie i nie oglądając się pomaszerowałam na spotkanie z rodzicami.
Byłam wściekła jak nigdy dotąd. Gdybym mogła oderwałabym jej łeb. Nie miała pojęcia kim byłam i nie miała prawa się o tym dowiedzieć, ale nie raz wyobrażałam sobie jej twarz wykrzywioną strachem na mój widok po tym jak wyjawiam jej prawdę. To było złe, ale każda taka myśl strasznie mnie cieszyła.
Teraz biegłam, bo chciałam jak najszybciej opuścić centrum. Nie miałam zamiaru spotkać już nikogo znajomego. Zwolniłam dopiero na drodze prowadzącej do mojego domu. Cieszyłam się ostatnimi minutami wolności. Jak zwykle byłam spóźniona. Tylko raz nie przyszłam na spotkanie, kiedy ojca nie było w domu. Nie musiałam wtedy przychodzić…
Pchnęłam żelazną bramę jak gdyby była leciutka jak piórko. Stanęłam patrząc na olbrzymi dworek z wieloma zdobieniami. Zawsze uważałam, że był on przesadzony, tym bardziej, że matka malowała go na biało raz na dwa miesiące, a gdy dużo padało to nawet częściej, tylko dlatego by zawsze wyglądał schludnie i czysto. Prawie nikt nas nie odwiedzał, więc moim zdaniem było to zbędne. Pewnie robiła to z braku zajęć, bo całymi dniami siedziała w domu i jej jedynym zadaniem było codziennie rano przygotować „śniadanie” dla mnie. Wymyślała sobie przeróżne zajęcia, często zbędę, ale zawsze realizowała się w tym co robiła, więc mi to nie przeszkadzało.
Kiedy znalazłam się w środku wszyscy byli lekko zirytowani moim spóźnieniem, ale myślę, że się już przyzwyczaili. Usiadłam na fotelu, wzięłam butelkę whisky i położyłam nogi na drogim stoliku pociągając łyk alkoholu.
- Rozmawialiśmy o tym panno „mam was gdzieś” – Powiedziała mama spokojnie. – Nadal się rozwijasz nie możesz…
- Taaa, rozwijam się już od stuleci. – przerwałam jej - Ja mogę wszystko. – dodałam.
- Nie mów do matki takim tonem. – warknął ojciec.
Spotulniałam.
- Dobra, ponieważ cię nie było powtórzę tylko jedną wiadomość. Wyprowadzamy się. – powiedziała mama.
- Ok. – Mruknęłam i pociągnęłam łyk alkoholu.
- Nie pij tego! – Wrzasnął ojciec.
Wypuściłam butelkę z rąk w tej samej chwili, kiedy to powiedział. Butelka upadła i cały alkohol wylał się na perski dywan. Mogłam ją złapać, oczywiście, ale nie chciałam. I tak się wyprowadzamy. Po sekundzie pojawiła się służąca. Miała ze sobą wiadro z wodą, gąbkę i jakiś środek czyszczący. Była to starsza kobieta. Widać było, że nie jest zbyt zdrowa. Podeszła do plamy i uklęknęła powoli. Za każdym razem gdy się bardziej przychyliła wydawała z siebie cichy jęk. Wstałam i uklękłam koło niej. Spojrzała na mnie z przerażeniem. Uśmiechnęłam się lekko nie pokazując zębów. Rozluźniła się trochę. Wzięłam od niej gąbkę i powiedziałam.
- Niech pani idzie i odpocznie. – Mówiłam do niej bardzo spokojnie. – Ja posprzątam. Niech się pani o nic nie martwi.
Spojrzała na mnie swoimi zmęczonymi oczami. Przypominała mi babce, której nigdy nie miałam.
- Naprawdę, panienko, nie trzeba. Dam sobie radę. – Powiedziała patrząc na moich rodziców, którzy obserwowali cale zajście z dziwnymi wyrazami twarzy.
- Już się pani dzisiaj dość napracowała. Ja nabrudziłam i ja to posprzątam. Naprawdę nic się nie stanie jak odpocznie sobie pani przez jedno popołudnie.
Uśmiechnęła się lekko do mnie i spojrzała na moich rodziców. Kątem oka zobaczyłam jak kiwają do niej znacząco głową. Wiedziałam o co chodzi. Nie mogła opuścić stanowiska pracy. Nie pozwalali jej.
Wstałam trzymając gąbkę w ręce by nie zaczęła szorować.
- Niech pani mi da rękę. Zaprowadzę panią do pokoju.
Pokiwała przecząco głową.
- Proszę się nic nie przejmować tymi złymi ludźmi za mną. Nic pani nie zrobią, bo na to nie pozwolę, a pani się przyda trochę odpoczynku.
Spojrzałam na rodziców ze złością. Teraz ich twarze przyodziały maski. Nie lubiłam gdy tak wyglądali, bo nigdy nie widziałam co zamierzają.
Ponownie wyciągnęłam rękę do służącej. Tym razem skorzystała z mojej pomocy. Posadziłam ją na miękkim fotelu.
- Proszę chwilę poczekać, zmyje tylko alkohol żeby nie wysechł i zaprowadzę panią do pani pokoju. – powiedziałam serdecznie.
- Dziękuję, panienko, ale myślę, że dam rade sama tam dotrzeć. – próbowała sie podnieść, ale ja powstrzymałam.
Szybko zmyłam plamę i odstawiłam wiadro i detergent na bok. Pomogłam wstać staruszce i podałam jaj moje ramię do pomocy. Ledwo szła. Widocznie dręczyło ją wiele dolegliwości. Wyglądała na bardzo słabą. Niewiadomo dlaczego wzbudzała we mnie dobre uczucia i mi się to podobało. Lubiłam czuć się bardziej ludzka. Lubiłam czuć się dobra i potrzebna.
Kiedy podchodziliśmy pod drzwi prowadzące do piwnicy gdzie znajdowały się pokoje służby staruszka odezwała się.
- Dziękuję, kochanie, myliłam sie co do ciebie. Ty jesteś dobra nie zagłuszaj tego i nie pozwól by ktoś ci wmówił, że jest inaczej tylko dlatego, że jesteś jaka jesteś. Nie zagłuszaj dobroci będącej w tobie. – Uśmiechnęła się życzliwie.
Wzruszyłam się. Po raz pierwszy w życiu się wzruszyłam.
- Dziękuję. – Powiedziałam. – Wiele dla mnie znaczą te słowa.
Otworzyłam drzwi do piwnicy, powiało od nich chłodem. Schody na dół były bardzo wąskie i strome. Poradziłam kobiecie by oparła się na mnie, tak, że przejęłam cały jej ciężar. Prawie podniosłam ją nad ziemię. Zeszłyśmy powoli, ale bezpiecznie. Łatwiej byłoby gdybym wzięła staruszkę na ręce, ale nie chciałam dostarczać jej dodatkowego stresu.
Na dole było bardzo zimno. Nie odczułam tego, ale zauważyłam parę wydobywającą się z ust staruszki i to, że zaczęła lekko drżeć. Nie wiedziałam, że służący mieszkają w takich warunkach. Nigdy o tym nie myślałam. Zawsze byli w domu, ale nie obchodziło mnie co robią gdy ich nie widać. Szłyśmy teraz wąskim korytarzem. Po obu stronach były drzwi. Służąca powiedziała, że jaj pokój jest na samym końcu. Tam więc ją podprowadziłam. Otworzyłam drzwi, które zaskrzypiały przeraźliwie. Wewnątrz pomieszczenia było chyba jeszcze zimniej niż na korytarzu. Ściany były tylko z cementu, a meble ograniczały sie do małego, wąskiego łóżka polowego, krzesła, stołu i szafki nocnej, na której stał stary wazon ze zniszczonymi, starymi, plastikowymi kwiatami. Pokój był mniejszy dwa razy od mojej łazienki i nie zliczę ile razy od pokoju. Nie wiem jak można mieszkać w takich warunkach, nie, nie wiem jak pracodawca może pozwolić by pracownik mieszkał w takich warunkach. I wtedy to zrozumiałam, dla moich rodziców ludzie byli jedynie podwładnymi, służącymi, którzy robią wszystko dla nich i nie ważne czy to była sprzedawczyni, czy prezydent. Nie obchodziło ich życie ludzkie, ważni byli tylko oni.
Staruszka trzęsła się z zimna.  
- Ma pani tu jakiś koc? – Spytałam uprzejmie.
Służąca podała mi coś co z całą pewnością nie wyglądało jak koc. Był to cienki materiał nie chroniący przed z zimnem w dodatku miał wyjedzone przez mole dziury. Posadziłam kobietę na łóżku, zdjęłam z siebie gruby, czarny sweter, który nosiłam dla niepoznaki, bo tak naprawdę nigdy nie odczuwałam zimna i opatuliłam go nim. Spojrzała na mnie z wyraźną ulgą.
- Dziękuję. – szepnęła.
- Niech pani poczeka chwilę. Zaraz wrócę. Obiecuję. Proszę odpocząć.
Biegiem wróciłam na piętro, a potem przeszłam do mojego pokoju. Zdjęłam z niego kołdrę, która była bardzo gruba i ciepła. Miałam ją dlatego, że miło się do niej przytulało. Zabrałam też dwie obleczone takim samym jedwabiem poduszki. Wybrałam ten największe i najmiększe. Gdyby nie pasowały staruszce zawsze mogłabym wróć i przynieść mniejsze. Zbiegłam po schodach obładowana pościelą. Prawie wpadłam do pokoju służącej. Rzuciłam wszystko na łóżko i rozejrzałam się niepewnie. Mój sweter leżał na podłodze, ale staruszki nie było w pokoju. Podniosłam ubranie z ziemi. Powąchałam je. Pachniało moimi perfumami, moim słodkim zapachem i zapachami staruszki. Pachniała lawendą, ale jedna rzecz mnie niepokoiła. Na swetrze wyczułam krew. Krew staruszki. Nie było jej dużo. Kropla może dwie.
Wybiegłam z pokoju. Wchodziłam do każdego pomieszczenia dla służby jakie znajdowało się w piwnicy. W żadnym nikogo nie było, a kolejne pokoje były coraz zimniejsze i bardziej odrażające. Jak można pozwolić na mieszkanie w takich warunkach? W ostatnim pokoju jak otworzyłam znalazłam dziewczynkę, która na mój widok wcisnęła się w róg łóżka. Na moje oko miała około ośmiu lat. Podeszłam do niej powoli. Jej twarz wykrzywił strach. Uśmiechnęłam się lekko celem uspokojenia jej.
- Cześć – powiedziałam – Nazywam się Anna, a ty?
Rozluźniała się trochę.
- Ja jestem Emma. Ty jesteś córką tych strasznych państwa? – Przytaknęłam – Nigdy cię tu nie widziałam.
Miała bardzo dziecinny miły dla ucha głos. Chciałabym mieć taką siostrę.
- A moich rodziców widziałaś? – Spytałam spokojnie.
Spojrzała na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami, które w tej chwili wypełniał ból i rozpacz.
- Tak, ale kiedy tu przychodzą to wiele ludzi płacze. – szepnęła.
Wiele ludzi płacze? O co może w tym chodzić.
- Jak to płacze? Byli już tu dzisiaj? – Wiele pytań cisnęło mi się na usta. Intuicja podpowiadała mi, że tylko ta mała dziewczynka może mi na nie odpowiedzieć.
- Oni niosą za sobą śmierć. – Pojedyncza łza spłynęła po jej bladym policzku. – Mamusia zawsze mówiła, żeby się chować gdy słyszę jak nadchodzą. Problem w tym, że tego nie słychać. Byli tutaj przed chwilą. – Zakończyła.
BOŻE…
- Po co tu byli?
- Zabrali miłą starszą  panią… - Nie zdążyła dokończyć jak wybiegłam z pokoju.
Biegałam po całym domu szukając rodziców. Nawet gdy czułam ich zapach lub staruszki to urywał się on w martwych punktach. Pytałam nawet służących, bo z doświadczenia wiem, że widzą oni wszystko. Kto niby donosił rodzicom o moich wszystkich wybrykach, które popełniłam w tym domu.
W końcu ich znalazłam, siedzieli w swojej sypiali widocznie rozbawieni. Było tak jakby siedzieli tak przez cały czas jak ich szukałam. Problem jednak w tym, że sprawdzałam ten pokój trzy razy zanim ich w nim zastałam.
Wpadłam jak burza i uderzyłam matkę w policzek z taką siłą, że człowiek miałby niejedną kość złamaną o ile jego głowa trzymałaby się wciąż na szyi. Spojrzała na mnie oszołomiona, natomiast ojciec był coraz bardziej czerwony ze złości.
- Co jej zrobiliście!? – Krzyknęłam.
Udawali, że nie wiedzą o co chodzi. Spojrzałam na nich z nieukrywanym obrzydzeniem. Chciałam im wygarnąć, wygarnąć im wszystko, a ja zawsze spełniałam moje zachcianki.
- Musieliście jej coś zrobić. Dlaczego nasza służba mieszka w takich warunkach…
- Bo to służba – Przerwała mi mama.
- Nie przerywaj mi! – Wrzasnęłam. – To nie humanitarne, żeby ludzie mieszkali w takich warunkach. Nie rozumiecie tego? To nie są tylko służący, to też żywe istoty tak jak wy czy ja. Wyszłam tylko na chwilę. Nie możliwe żeby schorowana kobieta zniknęła od tak. Nienawidzę was! Nienawidzę! – z oczu popłynęły mi słone łzy. – Niszczycie mi życie odkąd tylko się urodziłam. Nienawidzę tego kim jestem i tego kim być nie mogę. Po cholerę mi drogie ciuchy, sprzęty elektroniczne i wszystko czego zapragnę skoro nie mogę być szczęśliwa. Wy macie siebie, wasze ograniczające się do „ja”, „moje” myślenie. A ja? Nic nie mam. Nie mogę mieć nawet głupiego psa, bo będzie bał się was o ile nie mnie. Próbuję być dobra, ale wy mi zawsze w tym przeszkadzacie. To nie normalne. Jak możecie mówić, że mnie kochacie skoro ciągle mnie krzywdzicie. – Wybiegłam z pokoju trzaskając głośno drzwiami.
Na korytarzu spotkałam jednego z naszych kelnerów. Nie powinno go tu być. Z uwagi na to, że pracował dla nas krótko i był w moim wieku, może trochę starszy musiałam go pouczyć, żeby rodzice mu nic nie zrobili.
- Kelner nie powinien przebywać na tym piętrze jeśli nie niesie posiłku. – Powiedziałam przez łzy.
- Przepraszam, jeśli uraziłem cię tym. Słyszałem krzyki i pomyślałem, że może się przydać moja pomoc. Bałem się.
Spojrzałam na niego. Miał duże bursztynowe oczy. Emanowało z niego dobro, które wydawać by się mogło, że się udzielało. Nie miałam siły ani go więcej pouczać, ani nawet cokolwiek mu odpowiedzieć. Podeszłam do niego i zrobiłam coś czego nigdy nie robiłam. Przytuliłam go. Odwzajemnił uściski. Był jak starszy brat. Jedną ręką pogłaskał mnie lekko po głowie i szepną.
- Wszystko będzie dobrze. – mówił spokojnie.
Wydawać by się mogło, że wcale nie bał się mojej bliskości. Większość naszych służących już dawno dostałaby zawału. Było mi dobrze. Wiedziałam, że przytulanie kelnera było bardzo niestosowane, ale w tej chwili było mi tak bardzo źle, że starałam się o tym nie myśleć. Nigdy nie myślałam, że zwykły uścisk może tak bardzo uspokoić.
Gładził mnie lekko po głowie jak przyjaciel. Czułam się bezpiecznie. Tak jak nigdy dotąd. Chciałam by ta chwila trwała wiecznie. Mimo, że nie znałam tego chłopaka i pewnie nigdy go już nie poznam, bo wyjeżdżamy. Musiałam jednak sie pozbierać. Nie mogłam pozwolić by rodzice znaleźli mnie w obcięciach tego brązowookiego chłopaka. Nie dlatego, że był kelnerem, ale dlatego, że był człowiekiem i wiedziałam, że to może być dla niego niebezpieczne.
Z niechęcią oderwałam się od niego. Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się lekko.
- Dziękuję. – Powiedziałam cicho. – Bardzo tego potrzebowałam w tej chwili.
Odwzajemnił uśmiech. Mogłoby się wydawać, że było to dla niego równie przyjemne.
- Do usług – zaśmiał się.
I wtedy zrobił coś co mnie zdziwiło. Podniósł ostrożnie prawą rękę. Znieruchomiałam. Dotknął najpierw mojego lewego policzka i otarł mi łzy. Z drugim uczynił to samo. Potem opuścił rękę i powiedział.
- Jesteś za dobra i za ładna, żeby tak płakać. Czasami trzeba po prostu odpuścić. – Jego głos był kojący. – Nie martw się już będzie dobrze.
Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i zdjęłam z mojej szyi łańcuszek. Chciałam mu jakoś podziękować za to, że jako jeden z nielicznych był dzisiaj dla mnie dobry. Na przywieszce była malutka podkowa. Dostałam ten wisiorek bardzo dawno temu od mojej byłej przyjaciółki. Gdy tylko rodzice ją poznali zrobili wszystko by wyprowadziła się z miasta. Od tamtej pory nie miałam z nią żadnego kontaktu. Bardzo chciałam ją odnaleźć, ale teraz pewnie miała już własne dorosłe dzieci o ile nie wnuki…
Podniosłam jego dłoń, ułożyłam na niej łańcuszek i zacisnęłam ją.
- To dla ciebie, żebyś pamiętał mnie nie ważne gdzie będziesz. Dziękuję. – Pocałowałam go w policzek i odeszłam.
Stał jeszcze przez chwilę w milczeniu i patrzył jak wchodzę do swojego pokoju. Ocknął się dopiero gdy zamknęłam głośno drzwi. Słyszałam ja zbiega z ogromnych schodów i wpada do kuchni. Był szczęśliwy.
Nie wiem dlaczego tak się przy nim zachowałam. Może to była chwilowa słabość. Nie ważne. Przynajmniej jedno z nas było teraz w dobrym humorze. Pomogła mi trochę ta scena na korytarzu. Poczułam się przez chwilę jak człowiek. Impulsywny, słaby i pragnący miłości człowiek. Pewnie nigdy nie zapomnę tej sceny, będzie mi przypominać o tym kim być nie mogę i z kim być nie mogę. 

_____________________________________________________________
W najbliższym czasie dodam kolejny rozdział. Mam nadzieję, że sie podobało. Wszelkie uwagi, prośby czy też opinie proszę zostawiać w komentarzach. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Dziękuję za uwagę. Pozdrowienia ze świata mroku.