Rozdział III
Wreszcie
nadszedł czas ogniska. Ubrałam się odpowiednio i wraz z Dawidem zeszliśmy do
garażu. Wiedziałam, że nie może mnie zawieść kierowca, bo od razu rodzice
dowiedzą się gdzie jestem. Wybrałam największy samochód w razie gdyby trzeba
było kogoś odwieść do domu.
Prowadziłam
ja, bo Dawid musiał wysiąść pod lasem i dalej iść pieszo, by nikt go nie
zobaczył. Nie martwiłam się o niego. Był doskonałym łowcą, drapieżnikiem, który
potrafił się schować jak nikt inny.
Gdy
dotarłam na miejsce wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Błagałam tylko by
Romek postanowił nie przyjść. Zachowywał się jak szczeniak, wiecznie przy
nodze. Jestem pewna, że gdyby nie odwiedziny Dawida odprowadziłby mnie na każdą
lekcje. Gdyby się pojawił mógłby popsuć mi cały plan.
Rozejrzałam
się wokoło. Nigdzie nie było widać ani Romka, ani Marcina. Poczułam za to
znajomy zapach.
-
Piwo! – szepnęłam.
Podążałam
za miłym gorzkawym zapachem. Musiałam się trochę rozluźnić. Nagle przy jednym z
drzew ktoś złapał mnie za rękę. Spojrzałam przez ramię.
-
Nawet o tym nie myśl. – szepnął Dawid.
Wyciągnęłam
komórkę, by nie wyglądało na to, że gadam do siebie.
-
Co ty robisz! Jeszcze ktoś cię zobaczy.
Wiedziałam,
że to niemożliwe, bo żaden śmiertelnik nie był w stanie dostrzec go w takich ciemnościach,
ale starałam się odwrócić jego uwagę.
-
Powiedziałem, że ci nie wolno! – był nieustępliwy.
-
Nie masz nic do gadania. Chcę się tylko trochę rozluźnić.
Odeszłam.
Kierowałam się powrotem znajomym zapachem.
Prawda była taka, że nie mogłam się upić, ale gdy wypiłam za dużo i ktoś mnie
bardzo rozzłości to czasami tracę kontrolę nad swoim ciałem i umysłem. To nawet
gorsze od upicia. Stało się to tylko raz i tylko Dawid o tym wiedział. Byliśmy
wtedy w barze w Rzymie. Byłam trochę przybita, a pewna zazdrosna kobieta
założyła się, że nie wypije więcej od niej. Wypiłam, a potem rozwaliłam pół
baru i o mało co nie pozabijałam wszystkich, bo doczepił się do mnie pewien
dupek, kiedy Dawid właśnie wyszedł na moment. Z trudem mnie opanował. Od tamtej
nocy, kiedy o mały włos nie pozabijałam wielu niewinnych ludzi staram się
bardzo uważać i pilnuję tego ile piję.
To
nie była jedyna nasza tajemnica. Dawid i ja mówiliśmy sobie o wszystkim.
Rodzicom nie koniecznie. Ufaliśmy sobie bezgranicznie odkąd tylko pamiętam i
żadne z nas nigdy się nie zawiodło na drugim. Byliśmy w stanie nawet skoczyć za
sobą w ogień. Odruchowo dotknęłam obrączki i uśmiechnęłam się.
Znalazłam
mój napój. Nalałam sobie do kubka i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu
Marcina.
-
Jesteś zbyt ładna by pić. – odezwał się chłopak, który podszedł by sobie dolać
piwa.
-
A ty za młody. – odpowiedziałam.
-
Oboje jesteśmy. – uśmiechnął się i przysuną bliżej mnie.
Zaczęłam
go ignorować. Pociągnęłam łyk piwa.
-
Widzisz ten samochód? – spytał.
Nie
odpowiedziałam.
-
Tam są nasi nauczyciele. – kontynuował. – Przed każdym ogniskiem dajemy im
proszki nasenne i mamy spokój na cały wieczór.
Spojrzałam
na niego z obrzydzeniem.
-
No tak przecież na picie przy nauczycielach nie macie odwagi. – zaśmiałam się
gorzko.
Przysuną
się jeszcze bliżej, tak, że teraz mogliśmy zetknąć się ramionami. Nie
reagowałam.
-
Ja tam bym mógł, ale robimy to dla innych. – powiedział. – No wiesz, tchórzy. –
zaśmiał się.
Staną
przede mną tak, że teraz mogłam zobaczyć jego twarz w całej okazałości. Miał
jasne włosy, czekoladowe oczy i piegi, które nadawały jego buzi dziecinny
wygląd. Wyglądało na to, że dużo ćwiczy, bo był dość umięśniony. Pewnie dzięki
temu był tak pewny siebie.
-
Podobam ci się, nie? – spytał z szerokim uśmiecham.
-
Nie.
Ignorowałam
go. Znów przeszukałam tłum. Ani śladu Marcina. Większość ludzi patrzyła na nas.
-
Przyznaj lecisz na mnie. – nie dawał za wygraną.
-
Jesteś pijany. – stwierdziłam.
Spojrzał
na mnie urażony.
-
Wcale, że nie! – krzyknął. – Udowodnię ci to.
Złapał
mnie za nadgarstki tym samym wytrącając mi kubek z rąk. Ba szczęście był pusty.
Ścisnął moje ręce jeszcze mocniej. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem.
Przybliżył swoją twarz do mojej. Jednym rucham wyrwałam się z jego „kajdanek”.
Spojrzał na mnie zdziwiony. Spoliczkowałam go i pełnym gracji krokiem odeszłam
od stołu, pozostawiając chłopaka z dziwnym wyrazem twarzy.
Zauważyłam
Marcina. Stał oparty o drzewo i oberwał całe zajście. Kiedy byłam już blisko
niego nagle wszedł w głąb lasu. Odnalazłam go bez trudu. Stał w miejscu, gdzie
ludzkie oczy nie mogły nas zobaczyć, a uszy usłyszeć. Podeszłam do niego.
Stanęłam jednak tak w takiej odległości by nie czół się skrępowany. W razie
gdyby chciał uciec złapałabym go w mgnieniu oka, ale on nie okazywał takich
zamiarów.
-
O co chodzi? – spytałam spokojnie.
Stał
chwilę w milczeniu parząc na mnie z pogardą.
-
Naprawdę nie wiesz?! – wykrzykną. – Przychodzicie do naszych szkół,
przyjeżdżacie do naszych miasteczek. Zabijacie naszych ludzi. – powiedział.
Patrzyłam
na niego z niedowierzaniem. Jak mógł tak o mnie myśleć? Bałam się wyobrazić
sobie, że mogłabym kogoś zabić, a co dopiero to zrobić.
-
Nic o mnie nie wiesz! – Krzyknęłam.
Zaśmiał
się głośno.
-
Wiem wszystko o takich ja wy. Krwiopijcę bez serca, tylko by krew chłeptały.
Nigdy im dość! – powiedział. – Po co tu przyjechaliście? Nie starczyło wam
gdzieś krwi? Zdemaskowali was? Pieprzone wampiry. – zakończył.
Stałam
jak posąg. W mojej głowie formował się plan, ale potrzebowałam jeszcze chwili
by wcielić go w życie.
-
Pewnie teraz myślisz nad tym jak mnie zabić. – powiedział spokojnie Marcin.
Obnażyłam
wampirze kły, które błysnęły w świetle księżyca złowrogo. Zaczęłam się
rozbierać w pośpiechu. Marcin patrzył na mnie rozbawiony.
-
Diva boi się, że sobie ubrania pobrudzi?! – śmiał się.
Kiedy
byłam już w bieliźnie powiedziałam tylko.
-
Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.
I
zmieniłam się w wielkiego czarnego wilka. Zobaczyłam na twarzy Marcina kolejno
zdziwienie, strach, a na końcu maskę, która nie pokazywała żadnych uczuć.
-
No tego jeszcze nie było! – wykrzyknął – Psa zjadłaś czy, co? – zaśmiał się.
Zmieniłam
się powrotem w „człowieka”. Spojrzałam na Marcina, jego twarz wyrażała
obrzydzenie. Znowu. Byłam coraz bardziej wkurzona. Miałam ochotę wyrwać mu
głowę i kopnąć daleko w głąb lasu.
-
Już mówiłam, nic o mnie nie wiesz!
Spojrzał
na mnie jak na potwora, diabła z wyboru.
-
I co? Tak bardzo chciałaś być nieśmiertelna?! Tak bardzo, że zaprzedałaś duszę?
Odwróciłam
się by nie widział samotnej łzy spływającej po moim policzku.
-
Nie jestem człowiekiem – zaczęłam. – To jednak nie znaczy, że chcę taka być i,
że sobie takie życie wybrałam. Taka się urodziłam! Nic na to nie poradzę.
Przepraszam. – mówiłam głosem pełnym jadu.
-
Nie wierzę! Nie mogę nic na to poradzić?! Taka się urodziłam?! – cytował moją
wypowiedź naśladując kiepsko mój aksamitny głos. – Takie bzdury to ty możesz
rodzicom opowiadać!
W
sekundę znalazłam się przy nim i przycisnęłam go do drzewa. Zaśmiałam się
gorzko.
-
Masz na myśli matkę wampira i ojca wilkołaka, czy jakiś innych rodziców. Bo
widzisz nie wiem kim jesteś i jakoś mnie to nie obchodzi. Nie wiem też dlaczego
nie chce byś myślał, że jestem potworem. Jeśli się zgodzisz opowiem ci część
mojej historii, a potem puszczę cię wolno. Mam jednak nadzieję, że potem
ochronisz mnie i moją rodzinę i nie wygadzasz wszystkim, kim tak naprawdę
jesteśmy.
Usiadł
bez słowa pod drzewem. Spojrzałam na niego ze współczuciem. Ktoś nawkładał mu
do głowy bzdur i nie mógł się od nich uwolnić. Po prostu oceniał wszystkich po
pozorach. Myśląc wszystkich mam na myśli wszystkie ‘potwory’.
Usiadłam
po turecku naprzeciwko niego i zaczęłam spokojnym, pełnym bólu głosem.
-
Widzisz, mówiąc, że nie wybrałam sobie takiego życia nie kłamałam. – Wzięłam
głęboki oddech. – Jestem wampirem – podniósł się lekko z miejsca. – ale nie do
końca. W moich żyłach pływa także krew wilkołaka i mogę przysiąc, że jakaś
malutka, mikroskopijna część jest człowiekiem. Prawda jest taka, że na co dzień
nie czuję jej w sobie. Pojawia się gdy jakiś człowiek jest w niebezpieczeństwie
albo gdy to ja jestem zdrożeniem. Myślę, że po części jest ona zasługą naszego
dzisiejszego ‘spotkania’. Czasem czuję, że człowiek we mnie wygrywa. Zdarza się
to rzadko, bo jak już mówiłam ta cześć mnie jest mała, można by nawet
powiedzieć na wymarciu.
Wzięłam
głęboki oddech. Teraz część o mojej rodzinie. Boże…
-
No to teraz jak się urodziłam. Dawno temu mój tata poznał moją mamę. Przyjaźnił
sie wtedy z Johnem. Byli najlepszymi kumplami. Nie wiedział o tacie tylko togo,
że jest wilkołakiem. Byli sobie bardzo bliscy. Pewnego lata John wyjechał bez
mojego taty. Przydarzyło mu się coś strasznego, kiedy wrócił nie był już taki
sam. Odbyli z tatą poważną rozmowę, w sumie to on mówił, a John siedział i był
coraz bardziej zły. Kiedy odchodził zagroził mojemu tacie, że kiedyś zniszczy
mu życie. Potem był już tylko spokój. Tata nie chciał się już spotykać z Johnem
nie dlatego, że był wampirem, ale dlatego, że mógł być dla niego niebezpieczny.
Po prostu nie chciał go skrzywdzić. Nie bał się o siebie, bo wiedział, ze i tak
dałby sobie radę i wierzył, że John nic by mu nie zrobił.
Spojrzałam
nieśmiało na Marcia. Nie wyglądał na przerażonego. Po prostu słuchał. Jego
wzrok był trochę nieobecny, jakby coś analizował. Dałam mu chwilę.
- Wiesz to mogło się tak zakończyć, ale tata poznał
mamę. Byli razem bardzo długo. Mama dowiedziała się o tym kim jest tata, ale
miłość była silniejsza i ich związek przetrwał. Któregoś dnia musiał pojechać
na jeden dzień. Mama została sama. Właśnie wtedy John wcielił swój plan w
życie. W nocy gdy spała wszedł do ich domu i zmienił ją w wampira. Kiedy ojciec
wrócił był wściekły. Nie wiedział jednak jeszcze wtedy, że mama jeszcze przed
przemianą była w ciąży. Nikt nie wiedział, że to możliwe, ale tu jestem.
Patrzył na mnie ze współczuciem i niedowierzaniem.
- Przeżyli ze sobą wiele złych chwil od czasu
przemiany mojej matki. Jednak wciąż się kochali i dlatego są teraz oboje. Kłócimy się często. Nawet bardzo, ale to moja
rodzina. Oni zaakceptowali mnie, a ja ich. Mimo, że mamy inne poglądy na
niektóre sporawy. – przypomniały mi się nieludzkie warunki w jakich trzymana
była służba i kilka innych rzeczy… - Jesteśmy rodziną i nią pozostaniemy, bez
względu na wszystko. Tak to działa.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W
twarzy tego chłopaka było coś co dawało mi nadzieję na to, że nasz sekret
zostanie utrzymany w tajemnicy. Jakimś cudem wierzyłam w to i nie bałam się już
tak ja na początku.
- Teraz wiesz już wszystko i do ciebie należy decyzja
co z tą wiedzą zrobisz, ale chciałabym żebyś wiedział jedno. My nie jesteśmy
źli. Mimo wszystko. – uznałam, że nasza rozmowa została zakończona.
Odwróciłam się na pięcie i taką samą drogą jak tu
dotarłam,
wróciłam na ognisko. Pozostawiając Marcina samotnie siedzącego pod drzewem. Gdy
byłam już niedaleko miejsca gdzie odbywało się ognisko wyciągnęłam telefon i
wykręciłam numer do Dawida.
- Tak? – odebrał po pierwszym sygnale lekko
zaniepokojony.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. On chyba jako jedyny
tak naprawdę się o mnie martwił. Uwielbiałam go między innymi za to.
- Dzwonię tylko po to by powiedzieć, że wszystko w
porządku i możesz już wracać do domu. Spotkamy się tam, ok?
Chwila milczenia.
- Dobrze. – zgodził się. – Jak poszło?
- Opowiem ci wszystko jak wrócę. Zostanę jeszcze
chwilę na ognisku, nie martw się o mnie. – Kiedy to mówiłam wychodziłam właśnie
z lasu na miejsce gdzie odbywało się spotkanie klasowe. – Muszę kończyć. Do
zobaczenia! – powiedziałam do słuchawki i wyłączyłam telefon.
Pełnym gracji krokiem podeszłam do stołu z napojami i
przekąskami by nalać sobie piwa do plastikowego kubeczka.
______________________________________________________
Zachęcam Was do komentowania, oceniania i obserwowania mojego bloga. Podziękowania dla tych, którzy są ze mną i czytają to co dla Was przygotowuję. Rozdział IV się pisze... Tzn. nie bardzo mam ostatnio natchnienie. To nie jest tak, że nie jest już napisany. Mam go, ale w zeszycie. Zanim trafi na bloga, muszę go zredagować, przepisać do dokumentu, jeszcze raz przeczytać i dopiero opublikować. Jak na razie jest gorąco i nie bardzo mam siłę na to wszystko, ale nie martwcie się nie dam Wam długo czekać.Pozdrowienia ze świata mroku...